Witajcie, tutaj autorka, po raz pierwszy przemawiam publicznie na tym blogu jako ja i się cykam. Chciałam poinformować, że postanowiłam zastosować się do porady o odstępach między akapitami. Miłego czytania i proszę komentujcie, to dla mnie ważne. Ten rozdział będzie nieco opisowy i przydługi, no ale tak też się zdarza. Wytrzymajcie ze mną, trzeba się też dowiedzieć jak żyje główny bohater! Ten prawdziwy główny bohater, a nie jakiś rozpuszczony dzieciak :(
(no dobra, oboje są głównymi bohaterami)
(no dobra, oboje są głównymi bohaterami)
Znów padało i dla Caruniego taki stan rzeczy był jednocześnie wspaniały i tragiczny. Jego skałożery na pewno miały ciężkie dni. Były osłabione po zimie i przydałoby im się trochę ciepłych dni, szczególnie Nonie, która ocieliła się na początku wiosny. Jej mały byczek właśnie wkraczał w fazę intensywnego wzrostu, a na przegniłej, mokrej trawie i błocie wyprodukowanie pożywnego mleka musiało być wyzwaniem. Caruni współczuł właścicielom bardziej wymagających w utrzymaniu zwierząt - tej wiosny raczej nie mogli liczyć na dochody. Nie żeby sam spodziewał się dobrobytu, ale trochę mleka i skóry (dwie z jego dziewczynek nie przeżyły zimy) powinno sprzedać się wystarczająco dobrze by mógł przeżyć. To jest, oczywiście zakładając, że się jest wielkim optymistą. A Caruni wolał być optymistą.
W takie deszczowe poranki, brzydkie i brązowoszare, Caruni wybierał się na targ. Wielu mogło wydać się to niepraktyczne, ale w jego sytuacji, właśnie w taką pogodę było to najbardziej skuteczne... I pomagało uniknąć kłopotów. A Caruni był magnesem na kłopoty, bo świat uparł się by pokazać mu, że nie jest wcale dobrym światem. Wszystko wokół chciało zmienić optymizm chłopaka w realizm. Ale nie było to łatwe zadanie. Caruni mógł być głodny, biedny, mógł być głupi lub brudny, ale i tak uważał świat za piękny, a siebie za szczęściarza. Był zdrowy i oddychał, czego chcieć więcej?
Caruni włożył lepszą ze swoich dwóch par butów i nałożył na siebie swój stary, połatany płaszcz z kapturem. Płaszcze miał dwa, jeden lepszy, drugi gorszy. Na taką pogodę brał ten drugi. Nowy był prezentem i Caruni źle czułby się, gdyby podarunek od przyjaciela zbyt szybko się zniszczył. To było jedne z jego lepszych ubrań, z dobrego, przyjemnego materiału i chłopak miał go na sobie kilka razy, każdy z nich nazwać można było specjalną okazją.
Coco podeszła do Caruniego i otarła się o jego bok, co było jej wersją przywitania, pożegnania, podziękowania i okazania miłości. Coco była skałożerką Caruniego, którą wychował własnoręcznie, po tym jak matka odrzuciła ją, gdy Coco była jeszcze cielęciem. Zwierzę było w życiu chłopaka już od prawie dwóch lat i niedługo miało przestać być domowych rozmiarów. Właściwie to już zajmowała bardzo dużo miejsca. Nie mogła zejść pod główną izbę, do sypialni, gdzie jeszcze zimą służyła swojemu panu za żywe źródło ciepła. Caruni powinien przed miesiącami dołączyć ją do stada, ale jedno spojrzenie smutnych zielonych oczu sprawiało, że na jakiś czas pomysł ten opuszczał jego myśli. Coco była bardzo słodka i otrzymała za to w nagrodę porcję czułego głaskania, ale Caruni musiał wyjść, żeby zająć dobre miejsce na targu. Nawet w taką pogodę liczba zgromadzonych kapaernów mogła zaskoczyć.
Schował do wielkich, wiszących, kiepsko przyszytych kieszeni płaszcza kilka butelek mleka i wyszedł z chałupy. Ze skórą się w taką pogodę nie będzie targał, to było pewne. Za przemoczone i brudne futro dużo by nie dostał. A na mleko (jeszcze ciepłe, poszedł doić rano, wciąż bardzo śpiący) zawsze był popyt. Szczególnie, że skałożery stawały się powoli rzadkością, więc ich mleko było rarytasem.
Z małej, drewnianej chatki stojącej pośrodku rozległych terenów zielonych do wioski było pół godziny drogi pieszo. Najszybszą z tras nadających się do przejścia. Nie była to ciężka droga, kilka pagórków i dochodziło się do rzeki. Niestety most był nieco oddalony i Caruni musiał przez kilka minut iść wzdłuż brzegu. Pierwsze domy wioski postawione zostały zaledwie kilkaset ogonów* od mostu. Kyalsat była dużą wioską niedaleko granicy, tak dużą, że Caruni był przekonany, że istniały miasta od niej mniejsze. Co prawda nie był nigdy w żadnej innej wiosce, tym bardziej w żadnym mieście, ale Kaleptte powiedział, że to prawda. A Kaleptte, jeśli by mu wierzyć, zwiedził już trochę świata. W sumie dawno nie widział się ze swoim przyjacielem, ale Caruni wątpił, że dzisiaj go zobaczy - Kaleptte nie znosił deszczu i zazwyczaj zaszywał się w mokre dni w jakiejś swojej kryjówce. Miał ich wiele, Caruni znał może dwie, co i tak było osiągnięciem.
Targ znajdował się na dużym placu otoczonym niewysokim kamiennym murkiem. Każdego ranka ktoś coś tam sprzedawał, niezależnie od pory roku i pogody, plac targowy nigdy nie stał pusty.W słoneczne dni pękał w szwach - wszędzie kręciły się wtedy rodziny szukające czegoś dla siebie wśród wielu rozstawionych stoisk. Caruni tylko raz widział targ w takim stanie. To było jeszcze w czasach, kiedy dziadek żył. Jedno z ciekawskich dzieci ściągnęło mu z głowy kaptur i wszyscy zobaczyli, że Caruni jest dziwadłem. Wtedy skończyło się jedynie na tym, że został pobity i skradziono mu pieniądze, ale to był dopiero początek jego piekła. Plotki krążą szybko, a Caruni równie szybko nauczył się nie zbliżać do wioski w ładne dni, gdy na drogach roiło się od band znudzonych chłopców, dla których najlepszą możliwą zabawą było „pobij jednorożca i zabierz mu pieniądze.”, więc z dobrodziejstw targu Caruni korzystał tylko w deszczowe, brzydkie poranki, kiedy dzieci siedziały w ciepłych domach.
Kiedy Caruni dotarł na plac, zastał już kilkadziesiąt osób, ale ani jednego stoiska. Stoiskowcy zazwyczaj nie robili sobie zachodu ustawiając się w taką pogodę. Podczas deszczu przychodzili tak zwani murkowcy. Zazwyczaj zdesperowani ludzie pilnie potrzebujący cokolwiek zarobić, tacy, dla których sprzedawanie własnych wyrobów było nagłą potrzebą, nie stałym źródłem regularnych przychodów. Caruni nie powiedziałby może że wszyscy murkowcy byli przyjaciółmi, ale znali się (z widzenia, z wymiany pozdrowień, krótkich rozmów) i szanowali nawzajem.
Caruni miał swoje stałe miejsce przy pulchnej kobiecie średniego wieku, która miała długie, zakręcone, ładne rogi o jasnej, prawie białej barwie. Sprzedawała struganą w drewnie biżuterię i inne ozdoby. Na targu obecna zawsze, zupełnie jak niebo nad głową. Była miłą kobietą. Jej mąż, drwal, zginął zaatakowany przez dzikie zwierzę, a starszy syn poszedł w świat, zostawiając ją z leniwym i niegrzecznym młodszym dzieckiem. Każdego wieczoru w kawałkach drewna strugała wymyślne wzory, które rano sprzedawała za niewielką cenę.
- Dobry dziyń, pani Ehefe. - przywitał się grzecznie zajmując miejsce obok niej - Pani zechco trochem mleka?
- Witaj, mój drogi chłopcze. - Kobieta skinęła mu głową na przywitanie, wyciągnęła kilka ciemnobrązowych monet z kieszeni swojej kamizelki i włożyła je w dłoń Caruniego, który podał jej małą buteleczkę. Transakcja została w ten sposób zakończona i Caruni przeszedł do rozstawiania pozostałych butelek na murku. Właśnie tak wyglądała zazwyczaj komunikacja murkowców. Dzień dobry, do widzenia, ile chcesz za to, mogę ci coś sprzedać.
Tego dnia pojawiło się niewielu kupujących, co było do przewidzenia. Caruni sprzedał wszystko, co było dosyć niezwykłe, ale klientów, oprócz pani Ehefe, miał w sumie dwóch. Najpierw przyszła młoda, ładnie ubrana kobieta, która potrzebowała mleka dla swojej córeczki. Kupiła dwie duże butelki i stwierdziła, że Caruni ma słodkie piegi, a jego akcent jest uroczy, dodając do proponowanej przez niego ceny jedną srebrną monetę. Caruni miał ochotę ją przytulić i jednocześnie się rozpłakać. Drugi klient nie przyniósł ze sobą równie pozytywnych uczuć. Był to starszy mężczyzna, ale wyglądający na bardzo zdrowego. Chciał kupić wszystko co zostało i zażądał, dosyć zresztą niegrzecznie, zniżki z racji dużego zakupu. Ale wobec innych również nie przejawiał uprzejmości, nawet dla wspaniałej pani Ehefe, więc Caruni nie wziął tego do siebie. Był przecież dosyć ugodowy, by przystać na tę ofertę. Lepiej sprzedać wszystko, nieco taniej, niż sprzedać tylko część, bo wszystko sprzedawało się bardzo rzadko. Dlatego Caruni nie miał problemu, był nawet zadowolony, że szybko zeszło. Mógł szybko kupić chleb u piekarza i udać się w drogę powrotną do domu.
Świat zaczął się rozjaśniać, więc Caruni postanowił obrać dłuższą drogę powrotną, przez las. Nie obawiał się, że dopadną go tam jego prześladowcy, gdyż przed zapuszczaniem się w las dzieciaki skutecznie ostrzegali rodzice, strasząc je wilkami lub innymi potwornościami. Caruni szczerze mówiąc musiał przyznać im trochę racji, ale mając za sobą już kilka spotkań z wilkami stwierdził, że nie są to zwierzęta głupie i bynajmniej nie zaczepne, raczej unikające ludzi, którzy nie zachowują się wobec nich agresywnie. Zwierzęta leśne nie sprawiały problemów, były z reguły sympatyczne, przynajmniej wobec Caruniego. Czasami pomagał rannym lub zagubionym stworzonkom.
Właśnie dlatego słysząc rozpaczliwy płacz jakiegoś drobnego zwierzęcia, zboczył ze swojej ścieżki i skierował kroki w tamtą stronę, by sprawdzić czy wszystko w porządku i czy da się coś zrobić. Kiedy zobaczył, że to po prostu ptak złapany przez lisa, miał zamiar zawrócić, bo nie chciał ingerować w naturalny przebieg przyrody, ale to nie był miejscowy gatunek, jeden z wielu, które można było spotkać w tym rejonie. To w ogóle nie był dziki ptak. Był to posłańczyk, jeden z gatunków ptaków pocztowych. Poslańczyki były dosyć luksusowymi zwierzakami i Caruni nigdy nie widział jednego z bliska, ale słyszał o nich i potrafił je rozpoznać. Ten ptaszek miał ze sobą list, który mógł być dla kogoś bardzo ważny, dlatego Caruni postanowił uratować biedne zwierzątko. Chwycił kamień i cisnął nim w lisa, mając nadzieję, że ten wypuści posłańczyka, a nie ucieknie na przykład ciągle trzymając go w pysku.
Udało się! Caruni podszedł ostrożnie do zwierzątka i ukucnął przy nim, wyciągając do niego dłoń. Ptaszek zaćwierkał i rzucił się na wyciągniętą rękę, agresywnie trzepiąc skrzydłami, chociaż robiąc to dosyć nieporadnie, ruchami pozbawionymi typowej ptasiej płynności. Było to dość małe, szarobłękitne zwierzątko o opływowej główce. Najszybszy ptak pocztowy, chociaż nieprzeznaczony do ciężkich przesyłek. Pod szyjką miał przyczepiony mały pojemniczek ze zwiniętym świstkiem papieru. Caruni zastanawiał się jak to się stało, że takie zwierzątko znalazło się w lisiej paszczy - z tego co wiedział posłańczyki nie lądowały, póki nie dotarły do celu. Czy z tym maluszkiem było coś nie tak?
Caruni wyciągnął dłonie i objął nimi miotające się zwierzątko, przyciskając mocne i silne skrzydełka (z których jedno najprawdopodobniej było złamane) do ptasich boczków. Jeszcze nigdy nie trzymał w rękach ptaka i zdziwiło go jakie lekkie i ciepłe było to zwierzątko, bał się, że zrobi mu krzywdę. Szczególnie, że ptak nie chciał być trzymany i się wiercił. Ale Caruni mógł to zrozumieć, posłańczyki pewnie uczono, żeby nie dawały złapać się obcym, wiadomo, służyły do przekazywania wiadomości.
- Już dobrzie, małutki. Niy zabierę tygo tobie, i tak niy umię czytać. - delikatnym głosem przemówił Caruni, kciukiem delikatnie gładząc małą główkę. Już zaczął iść w stronę domu i próbował uspokoić zwierzę, które dodatkowo zaczęło się stresować przez podskakiwanie rąk Caruniego. Najważniejsze, że poza skrzydłem, które niepokoiło Caruniego, nie wydawał się chory lub poważnie ranny, najwyżej poobijany. Głaskanie najwyraźniej poskutkowało, albo zwierzątko po prostu się poddało, ponieważ zanim doszli do domu ptaszek się uspokoił.
Kiedy otworzył drzwi do chaty, Coco natychmiast poczuła obecność nowego zapachu, ostrożnie podeszła do Caruniego i wyciągnęła szyję, chcąc by pokazał jej co tam chowa. Ufając swojemu zwierzęciu, Caruni obniżył dłonie i pozwolił skałożerce obwąchać małe stworzonko. Ta trąciła posłańczyka nosem w przyjaznym geście, ale kiedy ten przestraszony ćwierknął, nie wydając się zadowolony z obecności wielkiego zwierzęcia tak blisko siebie, obrażona położyła się obok stołu, wzdychając zrezygnowana.
- Coż, Coco, tak bywo, niy przejmuj sięm, ja uważom żeś najsłodsza. - Na chwilę ściągnął jedną dłoń ze zwierzątka, by móc pogłaskać Coco między rogami i podrapać ją pod brodą. To trochę ją udobruchało i mniej obrażona położyła łeb na ziemi.
Caruni zszedł do niewielkiej nory sypialnej, która była wykopana pod chatą. Kiedyś większość kapaernów żyła w ten sposób - małe jednoizbowe chaty z systemem podziemnych korytarzy i pomieszczeń. Obecnie większość domów była jednak podzielona na pokoje i rzadko kto miał pod ziemią coś więcej niż piwnice. Caruni nie miał wiele pod chatą, jedną spiżarnię i jamę do spania, ale wystarczyło mu to w zupełności, nawet kiedy dziadek jeszcze żył.
Jego posłanie było wysłane sianem, skałożerską sierścią oraz ubraniami, które były już zbyt poniszczone, by nadawały się do dalszego noszenia, nawet pozszywane i połatane. Caruni położył ptaszka na sianie i postanowił dać mu spokój, stresowanie go dodatkowo wcale by nie pomogło. Posłańczyk zatrzepotał jeszcze raz skrzydełkami, najprawdopodobniej chcąc polecieć, ale nie wyszło mu to. Z jednym skrzydłem zdecydowanie coś było nie tak, być może z dwoma, ale tego Caruni nie był w stanie stwierdzić, bo się nie znał. Musiał zaczerpnąć porady, a do tego czasu postanowił zostawić zwierzątko w spokoju.
Stwierdziwszy, że teraz najważniejsze to dowiedzieć się co zrobić dalej, Caruni postanowił opuścić swoje bezpieczne mieszkanko i udać się do Akela. Rodzina Akela to nie była rodzina byle jaka, więc Caruni myślał, że jako straż miejska powinni mieć styczność z posłańczykami, albo chociaż jakieś pojęcie na ich temat. Normalnie nie odważyłby się wyjść w popołudnie, które zaczynało robić się naprawdę ładne, słoneczne. Ale ptaszek to była pilna sprawa. Caruni chciał, by posłańczyk wyzdrowiał jak najszybciej i dostarczył wiadomość osobie, która mogła na nią z wytęsknieniem czekać.
Ostrożnie, lecz prędko, Caruni pokonał drogę do wioski. Dom Akela stał na jej obrzeżach, ale zupełnie z innej strony niż pastwiska, wśród których mieściła się chatka Caruniego. Caruni nabrał powietrza w płuca, myśląc „teraz albo nigdy” i zaczął biec, skręcając w pierwszą z uliczek między domami. Pomyślał, że może mu się uda, jeśli będzie unikał głównych ulic. Niestety przeliczył swoje szczęście i już za zakrętem wypatrzyła go grupa chłopaków, może niewiele młodszych od niego. Zatrzymał się. Pech chciał, że taki nagły ruch zdmuchnął mu z głowy kaptur, co zauważyli wszyscy chłopcy, z wrednymi uśmieszkami kierując spojrzenia na jego pojedynczy róg (pechową rzecz, naprawdę), spokojnie czekając, aż Caruni zrobi cokolwiek, na co mogliby zareagować.
Gdyby ktoś zapytał Caruniego czy jest szczęśliwy, to odpowiedziałby, że tak. Nawet uciekając co sił w nogach przed bandą rozwrzeszczanych dzieciaków i unikając rzucanych w niego kamieni odpowiedziałby, że jest szczęśliwy, głośno i pewnie siebie, mimo zadyszki. Zapytany o to, czy chce coś w swoim życiu zmienić, odpowiedziałby, że nie; odpowiedziałby, że i tak ma dużo szczęścia. Jego życie mogło być jednym z tych gorszych żyć, ale to było jego życie, i nie zamieniłby go na żadne inne. „A zresztą,” myślał często, „nie ma co liczyć na zmiany w moim życiu, ono się nie zmieni”.
Nie wiedział jeszcze wtedy, jak bardzo się mylił.
-
*ogon - kapaereńska miara długości, mająca niewiele ponad metr, długość najbardziej typowego ogona
Caruni miał swoje stałe miejsce przy pulchnej kobiecie średniego wieku, która miała długie, zakręcone, ładne rogi o jasnej, prawie białej barwie. Sprzedawała struganą w drewnie biżuterię i inne ozdoby. Na targu obecna zawsze, zupełnie jak niebo nad głową. Była miłą kobietą. Jej mąż, drwal, zginął zaatakowany przez dzikie zwierzę, a starszy syn poszedł w świat, zostawiając ją z leniwym i niegrzecznym młodszym dzieckiem. Każdego wieczoru w kawałkach drewna strugała wymyślne wzory, które rano sprzedawała za niewielką cenę.
- Dobry dziyń, pani Ehefe. - przywitał się grzecznie zajmując miejsce obok niej - Pani zechco trochem mleka?
- Witaj, mój drogi chłopcze. - Kobieta skinęła mu głową na przywitanie, wyciągnęła kilka ciemnobrązowych monet z kieszeni swojej kamizelki i włożyła je w dłoń Caruniego, który podał jej małą buteleczkę. Transakcja została w ten sposób zakończona i Caruni przeszedł do rozstawiania pozostałych butelek na murku. Właśnie tak wyglądała zazwyczaj komunikacja murkowców. Dzień dobry, do widzenia, ile chcesz za to, mogę ci coś sprzedać.
Tego dnia pojawiło się niewielu kupujących, co było do przewidzenia. Caruni sprzedał wszystko, co było dosyć niezwykłe, ale klientów, oprócz pani Ehefe, miał w sumie dwóch. Najpierw przyszła młoda, ładnie ubrana kobieta, która potrzebowała mleka dla swojej córeczki. Kupiła dwie duże butelki i stwierdziła, że Caruni ma słodkie piegi, a jego akcent jest uroczy, dodając do proponowanej przez niego ceny jedną srebrną monetę. Caruni miał ochotę ją przytulić i jednocześnie się rozpłakać. Drugi klient nie przyniósł ze sobą równie pozytywnych uczuć. Był to starszy mężczyzna, ale wyglądający na bardzo zdrowego. Chciał kupić wszystko co zostało i zażądał, dosyć zresztą niegrzecznie, zniżki z racji dużego zakupu. Ale wobec innych również nie przejawiał uprzejmości, nawet dla wspaniałej pani Ehefe, więc Caruni nie wziął tego do siebie. Był przecież dosyć ugodowy, by przystać na tę ofertę. Lepiej sprzedać wszystko, nieco taniej, niż sprzedać tylko część, bo wszystko sprzedawało się bardzo rzadko. Dlatego Caruni nie miał problemu, był nawet zadowolony, że szybko zeszło. Mógł szybko kupić chleb u piekarza i udać się w drogę powrotną do domu.
Świat zaczął się rozjaśniać, więc Caruni postanowił obrać dłuższą drogę powrotną, przez las. Nie obawiał się, że dopadną go tam jego prześladowcy, gdyż przed zapuszczaniem się w las dzieciaki skutecznie ostrzegali rodzice, strasząc je wilkami lub innymi potwornościami. Caruni szczerze mówiąc musiał przyznać im trochę racji, ale mając za sobą już kilka spotkań z wilkami stwierdził, że nie są to zwierzęta głupie i bynajmniej nie zaczepne, raczej unikające ludzi, którzy nie zachowują się wobec nich agresywnie. Zwierzęta leśne nie sprawiały problemów, były z reguły sympatyczne, przynajmniej wobec Caruniego. Czasami pomagał rannym lub zagubionym stworzonkom.
Właśnie dlatego słysząc rozpaczliwy płacz jakiegoś drobnego zwierzęcia, zboczył ze swojej ścieżki i skierował kroki w tamtą stronę, by sprawdzić czy wszystko w porządku i czy da się coś zrobić. Kiedy zobaczył, że to po prostu ptak złapany przez lisa, miał zamiar zawrócić, bo nie chciał ingerować w naturalny przebieg przyrody, ale to nie był miejscowy gatunek, jeden z wielu, które można było spotkać w tym rejonie. To w ogóle nie był dziki ptak. Był to posłańczyk, jeden z gatunków ptaków pocztowych. Poslańczyki były dosyć luksusowymi zwierzakami i Caruni nigdy nie widział jednego z bliska, ale słyszał o nich i potrafił je rozpoznać. Ten ptaszek miał ze sobą list, który mógł być dla kogoś bardzo ważny, dlatego Caruni postanowił uratować biedne zwierzątko. Chwycił kamień i cisnął nim w lisa, mając nadzieję, że ten wypuści posłańczyka, a nie ucieknie na przykład ciągle trzymając go w pysku.
Udało się! Caruni podszedł ostrożnie do zwierzątka i ukucnął przy nim, wyciągając do niego dłoń. Ptaszek zaćwierkał i rzucił się na wyciągniętą rękę, agresywnie trzepiąc skrzydłami, chociaż robiąc to dosyć nieporadnie, ruchami pozbawionymi typowej ptasiej płynności. Było to dość małe, szarobłękitne zwierzątko o opływowej główce. Najszybszy ptak pocztowy, chociaż nieprzeznaczony do ciężkich przesyłek. Pod szyjką miał przyczepiony mały pojemniczek ze zwiniętym świstkiem papieru. Caruni zastanawiał się jak to się stało, że takie zwierzątko znalazło się w lisiej paszczy - z tego co wiedział posłańczyki nie lądowały, póki nie dotarły do celu. Czy z tym maluszkiem było coś nie tak?
Caruni wyciągnął dłonie i objął nimi miotające się zwierzątko, przyciskając mocne i silne skrzydełka (z których jedno najprawdopodobniej było złamane) do ptasich boczków. Jeszcze nigdy nie trzymał w rękach ptaka i zdziwiło go jakie lekkie i ciepłe było to zwierzątko, bał się, że zrobi mu krzywdę. Szczególnie, że ptak nie chciał być trzymany i się wiercił. Ale Caruni mógł to zrozumieć, posłańczyki pewnie uczono, żeby nie dawały złapać się obcym, wiadomo, służyły do przekazywania wiadomości.
- Już dobrzie, małutki. Niy zabierę tygo tobie, i tak niy umię czytać. - delikatnym głosem przemówił Caruni, kciukiem delikatnie gładząc małą główkę. Już zaczął iść w stronę domu i próbował uspokoić zwierzę, które dodatkowo zaczęło się stresować przez podskakiwanie rąk Caruniego. Najważniejsze, że poza skrzydłem, które niepokoiło Caruniego, nie wydawał się chory lub poważnie ranny, najwyżej poobijany. Głaskanie najwyraźniej poskutkowało, albo zwierzątko po prostu się poddało, ponieważ zanim doszli do domu ptaszek się uspokoił.
Kiedy otworzył drzwi do chaty, Coco natychmiast poczuła obecność nowego zapachu, ostrożnie podeszła do Caruniego i wyciągnęła szyję, chcąc by pokazał jej co tam chowa. Ufając swojemu zwierzęciu, Caruni obniżył dłonie i pozwolił skałożerce obwąchać małe stworzonko. Ta trąciła posłańczyka nosem w przyjaznym geście, ale kiedy ten przestraszony ćwierknął, nie wydając się zadowolony z obecności wielkiego zwierzęcia tak blisko siebie, obrażona położyła się obok stołu, wzdychając zrezygnowana.
- Coż, Coco, tak bywo, niy przejmuj sięm, ja uważom żeś najsłodsza. - Na chwilę ściągnął jedną dłoń ze zwierzątka, by móc pogłaskać Coco między rogami i podrapać ją pod brodą. To trochę ją udobruchało i mniej obrażona położyła łeb na ziemi.
Caruni zszedł do niewielkiej nory sypialnej, która była wykopana pod chatą. Kiedyś większość kapaernów żyła w ten sposób - małe jednoizbowe chaty z systemem podziemnych korytarzy i pomieszczeń. Obecnie większość domów była jednak podzielona na pokoje i rzadko kto miał pod ziemią coś więcej niż piwnice. Caruni nie miał wiele pod chatą, jedną spiżarnię i jamę do spania, ale wystarczyło mu to w zupełności, nawet kiedy dziadek jeszcze żył.
Jego posłanie było wysłane sianem, skałożerską sierścią oraz ubraniami, które były już zbyt poniszczone, by nadawały się do dalszego noszenia, nawet pozszywane i połatane. Caruni położył ptaszka na sianie i postanowił dać mu spokój, stresowanie go dodatkowo wcale by nie pomogło. Posłańczyk zatrzepotał jeszcze raz skrzydełkami, najprawdopodobniej chcąc polecieć, ale nie wyszło mu to. Z jednym skrzydłem zdecydowanie coś było nie tak, być może z dwoma, ale tego Caruni nie był w stanie stwierdzić, bo się nie znał. Musiał zaczerpnąć porady, a do tego czasu postanowił zostawić zwierzątko w spokoju.
Stwierdziwszy, że teraz najważniejsze to dowiedzieć się co zrobić dalej, Caruni postanowił opuścić swoje bezpieczne mieszkanko i udać się do Akela. Rodzina Akela to nie była rodzina byle jaka, więc Caruni myślał, że jako straż miejska powinni mieć styczność z posłańczykami, albo chociaż jakieś pojęcie na ich temat. Normalnie nie odważyłby się wyjść w popołudnie, które zaczynało robić się naprawdę ładne, słoneczne. Ale ptaszek to była pilna sprawa. Caruni chciał, by posłańczyk wyzdrowiał jak najszybciej i dostarczył wiadomość osobie, która mogła na nią z wytęsknieniem czekać.
Ostrożnie, lecz prędko, Caruni pokonał drogę do wioski. Dom Akela stał na jej obrzeżach, ale zupełnie z innej strony niż pastwiska, wśród których mieściła się chatka Caruniego. Caruni nabrał powietrza w płuca, myśląc „teraz albo nigdy” i zaczął biec, skręcając w pierwszą z uliczek między domami. Pomyślał, że może mu się uda, jeśli będzie unikał głównych ulic. Niestety przeliczył swoje szczęście i już za zakrętem wypatrzyła go grupa chłopaków, może niewiele młodszych od niego. Zatrzymał się. Pech chciał, że taki nagły ruch zdmuchnął mu z głowy kaptur, co zauważyli wszyscy chłopcy, z wrednymi uśmieszkami kierując spojrzenia na jego pojedynczy róg (pechową rzecz, naprawdę), spokojnie czekając, aż Caruni zrobi cokolwiek, na co mogliby zareagować.
Gdyby ktoś zapytał Caruniego czy jest szczęśliwy, to odpowiedziałby, że tak. Nawet uciekając co sił w nogach przed bandą rozwrzeszczanych dzieciaków i unikając rzucanych w niego kamieni odpowiedziałby, że jest szczęśliwy, głośno i pewnie siebie, mimo zadyszki. Zapytany o to, czy chce coś w swoim życiu zmienić, odpowiedziałby, że nie; odpowiedziałby, że i tak ma dużo szczęścia. Jego życie mogło być jednym z tych gorszych żyć, ale to było jego życie, i nie zamieniłby go na żadne inne. „A zresztą,” myślał często, „nie ma co liczyć na zmiany w moim życiu, ono się nie zmieni”.
Nie wiedział jeszcze wtedy, jak bardzo się mylił.
-
*ogon - kapaereńska miara długości, mająca niewiele ponad metr, długość najbardziej typowego ogona
Super, podoba mi się Twój styl pisania. Ale ten ból, jak przerwałaś w najciekawszym momencie ;___; Bu. Właściwie, to na pisaniu się nie znam, więc nie wyrażę jakiejś konstruktywnej opinii, no cóż. Mam tylko nadzieję, że się szybko nie zniechęcisz ;w;
OdpowiedzUsuńAwawaa, biedny Caruni. ;A;
OdpowiedzUsuńNo ale, taki życie i w sumie dobrze, że mimo wszystko jest optymistą! I mam nadzieję, że ucieknie przed tą bandą rozwydrzonych bachorów...
Anyway, ze zniecierpliwieniem czekam na następny rozdział.
Pięknie Ci to idzie! Wspaniale! Bosko! I majestatycznie! ;w;
Powiem szczerze, nie wiem co dużo napisać, ale w dalszym ciągu jest fajnie. W tym rozdziale szczególnie podoba mi się przedstawienie otoczenia Caruniego, a ładnie dopełnia to chociażby ten neologizm "murkowcy", super pomysł. Wiernie będę czekać na kolejny rozdział~.
OdpowiedzUsuńCaruni jest uroczy, mam nadzieję że uda mu się uciec przed tymi chłopakami </3
OdpowiedzUsuńImie postaci wystepuje zbyt czesto. https://i.gyazo.com/a26dd844461745552169ce1ca29efbb2.png
OdpowiedzUsuńtylko 56 razy pojawiło się caruni i aż 6 razy chłopak : / wyluzuj majty
Usuń51 yr old Librarian Randall Ferraron, hailing from Laurentiens enjoys watching movies like Los Flamencos and Gaming. Took a trip to Gondwana Rainforests of Australia and drives a Duesenberg SJ Speedster "Mormon Meteor". znajdz tutaj
OdpowiedzUsuń56 year old Help Desk Operator Stacee Baines, hailing from Arborg enjoys watching movies like Body of War and Handball. Took a trip to Garden Kingdom of Dessau-Wörlitz and drives a Bugatti Veyron 16.4 Grand Sport. dowiedziec sie tutaj
OdpowiedzUsuń