Obrazek w nagłówku by vivi
Postać - Caruni

piątek, 23 października 2015

2

Witajcie, tutaj autorka, po raz pierwszy przemawiam publicznie na tym blogu jako ja i się cykam. Chciałam poinformować, że postanowiłam zastosować się do porady o odstępach między akapitami. Miłego czytania i proszę komentujcie, to dla mnie ważne. Ten rozdział będzie nieco opisowy i przydługi, no ale tak też się zdarza. Wytrzymajcie ze mną, trzeba się też dowiedzieć jak żyje główny bohater! Ten prawdziwy główny bohater, a nie jakiś rozpuszczony dzieciak :(
(no dobra, oboje są głównymi bohaterami)





Znów padało i dla Caruniego taki stan rzeczy był jednocześnie wspaniały i tragiczny. Jego skałożery na pewno miały ciężkie dni. Były osłabione po zimie i przydałoby im się trochę ciepłych dni, szczególnie Nonie, która ocieliła się na początku wiosny. Jej mały byczek właśnie wkraczał w fazę intensywnego wzrostu, a na przegniłej, mokrej trawie i błocie wyprodukowanie pożywnego mleka musiało być wyzwaniem. Caruni współczuł właścicielom bardziej wymagających w utrzymaniu zwierząt - tej wiosny raczej nie mogli liczyć na dochody. Nie żeby sam spodziewał się dobrobytu, ale trochę mleka i skóry (dwie z jego dziewczynek nie przeżyły zimy) powinno sprzedać się wystarczająco dobrze by mógł przeżyć. To jest, oczywiście zakładając, że się jest wielkim optymistą. A Caruni wolał być optymistą.

W takie deszczowe poranki, brzydkie i brązowoszare, Caruni wybierał się na targ. Wielu mogło wydać się to niepraktyczne, ale w jego sytuacji, właśnie w taką pogodę było to najbardziej skuteczne... I pomagało uniknąć kłopotów. A Caruni był magnesem na kłopoty, bo świat uparł się by pokazać mu, że nie jest wcale dobrym światem. Wszystko wokół chciało zmienić optymizm chłopaka w realizm. Ale nie było to łatwe zadanie. Caruni mógł być głodny, biedny, mógł być głupi lub brudny, ale i tak uważał świat za piękny, a siebie za szczęściarza. Był zdrowy i oddychał, czego chcieć więcej? 

Caruni włożył lepszą ze swoich dwóch par butów i nałożył na siebie swój stary, połatany płaszcz z kapturem. Płaszcze miał dwa, jeden lepszy, drugi gorszy. Na taką pogodę brał ten drugi. Nowy był prezentem i Caruni źle czułby się, gdyby podarunek od przyjaciela zbyt szybko się zniszczył. To było jedne z jego lepszych ubrań, z dobrego, przyjemnego materiału i chłopak miał go na sobie kilka razy, każdy z nich nazwać można było specjalną okazją. 

Coco podeszła do Caruniego i otarła się o jego bok, co było jej wersją przywitania, pożegnania, podziękowania i okazania miłości. Coco była skałożerką Caruniego, którą wychował własnoręcznie, po tym jak matka odrzuciła ją, gdy Coco była jeszcze cielęciem. Zwierzę było w życiu chłopaka już od prawie dwóch lat i niedługo miało przestać być domowych rozmiarów. Właściwie to już zajmowała bardzo dużo miejsca. Nie mogła zejść pod główną izbę, do sypialni, gdzie jeszcze zimą służyła swojemu panu za żywe źródło ciepła. Caruni powinien przed miesiącami dołączyć ją do stada, ale jedno spojrzenie smutnych zielonych oczu sprawiało, że na jakiś czas pomysł ten opuszczał jego myśli. Coco była bardzo słodka i otrzymała za to w nagrodę porcję czułego głaskania, ale Caruni musiał wyjść, żeby zająć dobre miejsce na targu. Nawet w taką pogodę liczba zgromadzonych kapaernów mogła zaskoczyć.

Schował do wielkich, wiszących, kiepsko przyszytych kieszeni płaszcza kilka butelek mleka i wyszedł z chałupy. Ze skórą się w taką pogodę nie będzie targał, to było pewne. Za przemoczone i brudne futro dużo by nie dostał. A na mleko (jeszcze ciepłe, poszedł doić rano, wciąż bardzo śpiący) zawsze był popyt. Szczególnie, że skałożery stawały się powoli rzadkością, więc ich mleko było rarytasem.

Z małej, drewnianej chatki stojącej pośrodku rozległych terenów zielonych do wioski było pół godziny drogi pieszo. Najszybszą z tras nadających się do przejścia. Nie była to ciężka droga, kilka pagórków i dochodziło się do rzeki. Niestety most był nieco oddalony i Caruni musiał przez kilka minut iść wzdłuż brzegu. Pierwsze domy wioski postawione zostały zaledwie kilkaset ogonów* od mostu. Kyalsat była dużą wioską niedaleko granicy, tak dużą, że Caruni był przekonany, że istniały miasta od niej mniejsze. Co prawda nie był nigdy w żadnej innej wiosce, tym bardziej w żadnym mieście, ale Kaleptte powiedział, że to prawda. A Kaleptte, jeśli by mu wierzyć, zwiedził już trochę świata. W sumie dawno nie widział się ze swoim przyjacielem, ale Caruni wątpił, że dzisiaj go zobaczy - Kaleptte nie znosił deszczu i zazwyczaj zaszywał się w mokre dni w jakiejś swojej kryjówce. Miał ich wiele, Caruni znał może dwie, co i tak było osiągnięciem.

Targ znajdował się na dużym placu otoczonym niewysokim kamiennym murkiem. Każdego ranka ktoś coś tam sprzedawał, niezależnie od pory roku i pogody, plac targowy nigdy nie stał pusty.W słoneczne dni pękał w szwach - wszędzie kręciły się wtedy rodziny szukające czegoś dla siebie wśród wielu rozstawionych stoisk. Caruni tylko raz widział targ w takim stanie. To było jeszcze w czasach, kiedy dziadek żył. Jedno z ciekawskich dzieci ściągnęło mu z głowy kaptur i wszyscy zobaczyli, że Caruni jest dziwadłem. Wtedy skończyło się jedynie na tym, że został pobity i skradziono mu pieniądze, ale to był dopiero początek jego piekła. Plotki krążą szybko, a Caruni równie szybko nauczył się nie zbliżać do wioski w ładne dni, gdy na drogach roiło się od band znudzonych chłopców, dla których najlepszą możliwą zabawą było „pobij jednorożca i zabierz mu pieniądze.”, więc z dobrodziejstw targu Caruni korzystał tylko w deszczowe, brzydkie poranki, kiedy dzieci siedziały w ciepłych domach.

Kiedy Caruni dotarł na plac, zastał już kilkadziesiąt osób, ale ani jednego stoiska. Stoiskowcy zazwyczaj nie robili sobie zachodu ustawiając się w taką pogodę. Podczas deszczu przychodzili tak zwani murkowcy. Zazwyczaj zdesperowani ludzie pilnie potrzebujący cokolwiek zarobić, tacy, dla których sprzedawanie własnych wyrobów było nagłą potrzebą, nie stałym źródłem regularnych przychodów. Caruni nie powiedziałby może że wszyscy murkowcy byli przyjaciółmi, ale znali się (z widzenia, z wymiany pozdrowień, krótkich rozmów) i szanowali nawzajem.

Caruni miał swoje stałe miejsce przy pulchnej kobiecie średniego wieku, która miała długie, zakręcone, ładne rogi o jasnej, prawie białej barwie. Sprzedawała struganą w drewnie biżuterię i inne ozdoby. Na targu obecna zawsze, zupełnie jak niebo nad głową. Była miłą kobietą. Jej mąż, drwal, zginął zaatakowany przez dzikie zwierzę, a starszy syn poszedł w świat, zostawiając ją z leniwym i niegrzecznym młodszym dzieckiem. Każdego wieczoru w kawałkach drewna strugała wymyślne wzory, które rano sprzedawała za niewielką cenę.

- Dobry dziyń, pani Ehefe. - przywitał się grzecznie zajmując miejsce obok niej - Pani zechco trochem mleka?

- Witaj, mój drogi chłopcze. - Kobieta skinęła mu głową na przywitanie, wyciągnęła kilka ciemnobrązowych monet z kieszeni swojej kamizelki i włożyła je w dłoń Caruniego, który podał jej małą buteleczkę. Transakcja została w ten sposób zakończona i Caruni przeszedł do rozstawiania pozostałych butelek na murku. Właśnie tak wyglądała zazwyczaj komunikacja murkowców. Dzień dobry, do widzenia, ile chcesz za to, mogę ci coś sprzedać.

Tego dnia pojawiło się niewielu kupujących, co było do przewidzenia. Caruni sprzedał wszystko, co było dosyć niezwykłe, ale klientów, oprócz pani Ehefe, miał w sumie dwóch. Najpierw przyszła młoda, ładnie ubrana kobieta, która potrzebowała mleka dla swojej córeczki. Kupiła dwie duże butelki i stwierdziła, że Caruni ma słodkie piegi, a jego akcent jest uroczy, dodając do proponowanej przez niego ceny jedną srebrną monetę. Caruni miał ochotę ją przytulić i jednocześnie się rozpłakać. Drugi klient nie przyniósł ze sobą równie pozytywnych uczuć. Był to starszy mężczyzna, ale wyglądający na bardzo zdrowego. Chciał kupić wszystko co zostało i zażądał, dosyć zresztą niegrzecznie, zniżki z racji dużego zakupu. Ale wobec innych również nie przejawiał uprzejmości, nawet dla wspaniałej pani Ehefe, więc Caruni nie wziął tego do siebie. Był przecież dosyć ugodowy, by przystać na tę ofertę. Lepiej sprzedać wszystko, nieco taniej, niż sprzedać tylko część, bo wszystko sprzedawało się bardzo rzadko. Dlatego Caruni nie miał problemu, był nawet zadowolony, że szybko zeszło. Mógł szybko kupić chleb u piekarza i udać się w drogę powrotną do domu.





Świat zaczął się rozjaśniać, więc Caruni postanowił obrać dłuższą drogę powrotną, przez las. Nie obawiał się, że dopadną go tam jego prześladowcy, gdyż przed zapuszczaniem się w las dzieciaki skutecznie ostrzegali rodzice, strasząc je wilkami lub innymi potwornościami. Caruni szczerze mówiąc musiał przyznać im trochę racji, ale mając za sobą już kilka spotkań z wilkami stwierdził, że nie są to zwierzęta głupie i bynajmniej nie zaczepne, raczej unikające ludzi, którzy nie zachowują się wobec nich agresywnie. Zwierzęta leśne nie sprawiały problemów, były z reguły sympatyczne, przynajmniej wobec Caruniego. Czasami pomagał rannym lub zagubionym stworzonkom.

Właśnie dlatego słysząc rozpaczliwy płacz jakiegoś drobnego zwierzęcia, zboczył ze swojej ścieżki i skierował kroki w tamtą stronę, by sprawdzić czy wszystko w porządku i czy da się coś zrobić. Kiedy zobaczył, że to po prostu ptak złapany przez lisa, miał zamiar zawrócić, bo nie chciał ingerować w naturalny przebieg przyrody, ale to nie był miejscowy gatunek, jeden z wielu, które można było spotkać w tym rejonie. To w ogóle nie był dziki ptak. Był to posłańczyk, jeden z gatunków ptaków pocztowych. Poslańczyki były dosyć luksusowymi zwierzakami i Caruni nigdy nie widział jednego z bliska, ale słyszał o nich i potrafił je rozpoznać. Ten ptaszek miał ze sobą list, który mógł być dla kogoś bardzo ważny, dlatego Caruni postanowił uratować biedne zwierzątko. Chwycił kamień i cisnął nim w lisa, mając nadzieję, że ten wypuści posłańczyka, a nie ucieknie na przykład ciągle trzymając go w pysku.

Udało się! Caruni podszedł ostrożnie do zwierzątka i ukucnął przy nim, wyciągając do niego dłoń. Ptaszek zaćwierkał i rzucił się na wyciągniętą rękę, agresywnie trzepiąc skrzydłami, chociaż robiąc to dosyć nieporadnie, ruchami pozbawionymi typowej ptasiej płynności. Było to dość małe, szarobłękitne zwierzątko o opływowej główce. Najszybszy ptak pocztowy, chociaż nieprzeznaczony do ciężkich przesyłek. Pod szyjką miał przyczepiony mały pojemniczek ze zwiniętym świstkiem papieru. Caruni zastanawiał się jak to się stało, że takie zwierzątko znalazło się w lisiej paszczy - z tego co wiedział posłańczyki nie lądowały, póki nie dotarły do celu. Czy z tym maluszkiem było coś nie tak?

Caruni wyciągnął dłonie i objął nimi miotające się zwierzątko, przyciskając mocne i silne skrzydełka (z których jedno najprawdopodobniej było złamane) do ptasich boczków. Jeszcze nigdy nie trzymał w rękach ptaka i zdziwiło go jakie lekkie i ciepłe było to zwierzątko, bał się, że zrobi mu krzywdę. Szczególnie, że ptak nie chciał być trzymany i się wiercił. Ale Caruni mógł to zrozumieć, posłańczyki pewnie uczono, żeby nie dawały złapać się obcym, wiadomo, służyły do przekazywania wiadomości.

- Już dobrzie, małutki. Niy zabierę tygo tobie, i tak niy umię czytać. - delikatnym głosem przemówił Caruni, kciukiem delikatnie gładząc małą główkę. Już zaczął iść w stronę domu i próbował uspokoić zwierzę, które dodatkowo zaczęło się stresować przez podskakiwanie rąk Caruniego. Najważniejsze, że poza skrzydłem, które niepokoiło Caruniego, nie wydawał się chory lub poważnie ranny, najwyżej poobijany. Głaskanie najwyraźniej poskutkowało, albo zwierzątko po prostu się poddało, ponieważ zanim doszli do domu ptaszek się uspokoił.

Kiedy otworzył drzwi do chaty, Coco natychmiast poczuła obecność nowego zapachu, ostrożnie podeszła do Caruniego i wyciągnęła szyję, chcąc by pokazał jej co tam chowa. Ufając swojemu zwierzęciu, Caruni obniżył dłonie i pozwolił skałożerce obwąchać małe stworzonko. Ta trąciła posłańczyka nosem w przyjaznym geście, ale kiedy ten przestraszony ćwierknął, nie wydając się zadowolony z obecności wielkiego zwierzęcia tak blisko siebie, obrażona położyła się obok stołu, wzdychając zrezygnowana.

- Coż, Coco, tak bywo, niy przejmuj sięm, ja uważom żeś najsłodsza. - Na chwilę ściągnął jedną dłoń ze zwierzątka, by móc pogłaskać Coco między rogami  i podrapać ją pod brodą. To trochę ją udobruchało i mniej obrażona położyła łeb na ziemi.

Caruni zszedł do niewielkiej nory sypialnej, która była wykopana pod chatą. Kiedyś większość kapaernów żyła w ten sposób - małe jednoizbowe chaty z systemem podziemnych korytarzy i pomieszczeń. Obecnie większość domów była jednak podzielona na pokoje i rzadko kto miał pod ziemią coś więcej niż piwnice. Caruni nie miał wiele pod chatą, jedną spiżarnię i jamę do spania, ale wystarczyło mu to w zupełności, nawet kiedy dziadek jeszcze żył.

Jego posłanie było wysłane sianem, skałożerską sierścią oraz ubraniami, które były już zbyt poniszczone, by nadawały się do dalszego noszenia, nawet pozszywane i połatane. Caruni położył ptaszka na sianie i postanowił dać mu spokój, stresowanie go dodatkowo wcale by nie pomogło. Posłańczyk zatrzepotał jeszcze raz skrzydełkami, najprawdopodobniej chcąc polecieć, ale nie wyszło mu to. Z jednym skrzydłem zdecydowanie coś było nie tak, być może z dwoma, ale tego Caruni nie był w stanie stwierdzić, bo się nie znał. Musiał zaczerpnąć porady, a do tego czasu postanowił zostawić zwierzątko w spokoju.

Stwierdziwszy, że teraz najważniejsze to dowiedzieć się co zrobić dalej, Caruni postanowił opuścić swoje bezpieczne mieszkanko i udać się do Akela. Rodzina Akela to nie była rodzina byle jaka, więc Caruni myślał, że jako straż miejska powinni mieć styczność z posłańczykami, albo chociaż jakieś pojęcie na ich temat. Normalnie nie odważyłby się wyjść w popołudnie, które zaczynało robić się naprawdę ładne, słoneczne. Ale ptaszek to była pilna sprawa. Caruni chciał, by posłańczyk wyzdrowiał jak najszybciej i dostarczył wiadomość osobie, która mogła na nią z wytęsknieniem czekać.

Ostrożnie, lecz prędko, Caruni pokonał drogę do wioski. Dom Akela stał na jej obrzeżach, ale zupełnie z innej strony niż pastwiska, wśród których mieściła się chatka Caruniego. Caruni nabrał powietrza w płuca, myśląc „teraz albo nigdy” i zaczął biec, skręcając w pierwszą z uliczek między domami. Pomyślał, że może mu się uda, jeśli będzie unikał głównych ulic. Niestety przeliczył swoje szczęście i już za zakrętem wypatrzyła go grupa chłopaków, może niewiele młodszych od niego. Zatrzymał się. Pech chciał, że taki nagły ruch zdmuchnął mu z głowy kaptur, co zauważyli wszyscy chłopcy, z wrednymi uśmieszkami kierując spojrzenia na jego pojedynczy róg (pechową rzecz, naprawdę), spokojnie czekając, aż Caruni zrobi cokolwiek, na co mogliby zareagować.

Gdyby ktoś zapytał Caruniego czy jest szczęśliwy, to odpowiedziałby, że tak. Nawet uciekając co sił w nogach przed bandą rozwrzeszczanych dzieciaków i unikając rzucanych w niego kamieni odpowiedziałby, że jest szczęśliwy, głośno i pewnie siebie, mimo zadyszki. Zapytany o to, czy chce coś w swoim życiu zmienić, odpowiedziałby, że nie; odpowiedziałby, że i tak ma dużo szczęścia. Jego życie mogło być jednym z  tych gorszych żyć, ale to było jego życie, i nie zamieniłby go na żadne inne. „A zresztą,” myślał często, „nie ma co liczyć na zmiany w moim życiu, ono się nie zmieni”.

Nie wiedział jeszcze wtedy, jak bardzo się mylił.

-
*ogon - kapaereńska miara długości, mająca niewiele ponad metr, długość najbardziej typowego ogona

czwartek, 15 października 2015

1

- Ile?! - Incaru był coraz mniej pewien słuszności swoich niekoniecznie przemyślanych wyborów życiowych. Przed chwilą tuż przed nosem przeleciał mu przestraszony ptak, który uderzył go w twarz jednym ze swoich skrzydeł. Nie na tyle mocno by poważnie zaboleć, ale wystarczająco by jeszcze bardziej zepsuć mu humor.

- Dopiero niedawno wyruszyliśmy, więc jeśli na drodze nie zastanie nas żadna niespodzianka, powinno nam zlecieć ze dwa tygodnie. - Jego wuj, Dran, już od ponad godziny również żałował swoich decyzji, starając się wyciszyć prawie nieprzerwaną wiązankę protestów bratanka. Koń zbyt kościsty i niekomfortowy, droga zbyt długa i zbyt nudna, peleryna niewygodna. Zupełnie jakby działa mu się krzywda. Ale nie po to wykłócał się z bratem, żeby pozwolił dzieciakowi się z nim zabrać, by teraz zawrócić lub odesłać rozkapryszonego księcia do pałacu.

Właśnie jechali konno dość wąską ścieżką przez gęsty las niskich, liściastych drzew. Nie była to droga często uczęszczana, o czym poinformowały ich wystające gałęzie, które bardzo pragnęły serdecznie powitać się z twarzami podróżnych. Na początku się udało, gdyż Dran jadąc przodem nie raczył poinformować Incaru o tym, że naciągnął grubą gałąź, która z dodatkowym przyśpieszeniem uderzyła chłopaka w głowę. Było to zabawne, prawda, ale tylko przez chwilę, bo po tym ciosie Incaru zaczął narzekać na poważnie, i wtedy Dranowi przestało być do śmiechu.

- Może jednak weźmiemy portal, albo chociaż lepsze konie? - spróbował młodzieniec, uderzając gniewnie nogami w boki swojego siwego wierzchowca. Jeśli staruszek się tym przejął to nie okazał tego w żaden widoczny sposób, po prostu kontynuował swoją wędrówkę za młodszym (co według Incaru było największą niesprawiedliwością świata), czarnym koniem Drana.

- Tylko kretyn polegałby na portalach. Jedziemy wierzchem, koniec dyskusji. Jeśli będziesz grzecznym chłopcem to za dwa lub trzy dni nie będzie to wierzch konia i przesiądziemy się na smoki. Ale najpierw musimy oddalić się od miasta, naciągnij kaptur na głowę, dziecko - „Czemu zgodziłem się na te tortury, czemu wręcz naciskałem na Inaena, żeby pozwolił młodemu pojechać. Przecież ja się wykończę,” pomyślał gorzko Dran. „Stwierdziłem, że dzieciak potrzebuje lekcji życia, ale niczego go nie nauczę jeśli zeświruję przez jego humorki. Chociaż może jestem uodporniony, wychowałem się przecież z jego ojcem.”

Perspektywa jazdy na smokach usatysfakcjonowała Incaru wystarczająco, na tyle, że zatrzymała „Nie jestem już dzieckiem”, które od ponad dwóch lat było jego automatyczną reakcją na słowo „dziecko”. To właściwie tylko utwierdzało innych w przekonaniu, że młody książę wspaniałego Larai faktycznie jest jeszcze dzieckiem i to dość marudnym. Póki co jednak kontent, chłopak poprawił kaptur spoczywający na jego złocistych lokach. Nie podobała mu się barwa ich burych okryć, a grube skórzane obszycie rogów irytowało go okropnie i czuł je na głowie, mimo, że zapewniano go, że nawet go nie zauważy. Z ojcem nigdy nie musiał tego robić i czuł się jakby łamane były jego podstawowe prawa, nawet jeśli od początku dobrze wiedział, że podróż z wujkiem to coś zupełnie innego. Nie spodziewał się jednak takich warunków i jego początkowa radość z wyrwania się z pałacu dosyć szybko zgasła. Ale na odwrót było już za późno i musiał się przyzwyczaić, w końcu to był jego pomysł, Dran tylko go poparł i nie mógł wujaszka za to obwiniać. Nie znaczyło to jednak, że nie wolno mu było trochę ponarzekać.

Incaru postanowił się wyciszyć i zauważył ze zdziwieniem, że niebo robiło się już pomarańczowe, co natychmiast poprawiło mu humor, bo bogata pomarańcz zawsze była jednym z jego ulubionych kolorów, a nad głową wyglądała niezwykle urokliwie, urządzając promieniom światła zabawę wśród przeszkód takich jak gałęzie drzew. Efekt był niesamowity i Incaru uśmiechnął się szeroko, czując się już prawie dobrze. Był wolny, a świat był piękny i przyjazny. Aż dziwnie było mu pomyśleć, że jeszcze rano nudził się i myślał o tym, że kolejny dzień spędzi tak samo jak każdy inny. A jednak wpadł na szalony pomysł. Zapytał Drana, czy nie mógłby go wziąć ze sobą. Dran zgodził się, nawet jeśli na początku w żarcie, „jasne, jeśli mój kochany braciszek ci pozwoli, to czemu nie?”. A potem...






- Jadę z wujaszkiem i nic mnie nie zatrzyma, ojcze! - uparcie trzymał się swojego zdania młody książę, usilnie próbując wyrwać się z objęcia matki. Jak na kobietę, która w swoim życiu nie przepracowała ani jednego dnia, miała w tych obfitych ramionach zadziwiające pokłady siły. Raz po raz wstrząsał nią gwałtowny szloch, ale nawet to nie pomogło Incaru się wydostać z jej uścisku. Po kilku minutach szamotaniny poddał się i uspokoił posyłając ojcu gniewne spojrzenie. 

- Nie pozwól mu, nie możesz mu pozwolić, Inaenie! Znienawidzę cię, jeśli mu pozwolisz! - wrzeszczała królowa, chociaż przez emocje wylewające się z jej głosu ciężko było to zrozumieć. Przycisnęła syna do hojnie przez naturę obdarzonej klatki piersiowej. 

- Pozwól mu, Ina. Chłopak musi rozpostrzeć skrzydła i poznać kawałek świata. - przemówił łagodnym głosem Dran, podchodząc do matki i syna. - Puść go, Ennei. Będzie ze mną i będzie bezpieczny. Przypominam, że nie jest jeszcze pobłogosławiony, a najwyższa pora. Święto Życia będzie świetną okazją, by dostał całusa od Dey. Włos mu z głowy nie spadnie. Puść go. - powtórzył ostrzej i tym razem posłuchała. 

Incaru odsunął się od matki jak oparzony, co na pewno sprawiłoby jej przykrość, gdyby myślała w tamtej chwili trzeźwo. Ale tak nie było. Nie mogła złapać oddechu i wstrząsały nią silne dreszcze. Wydawała z siebie ciche dźwięki przypominające takie, które wydawałaby z siebie przestraszona , ranna mysz, a nie kobieta ze sporą nadwagą. 

- N-nie. - zaczęła cichym głosem, kiedy z pewnym wysiłkiem nieco się uspokoiła. - Nie zabierzecie mi kolejnego dziecka, nie pozwolę wam, już nigdy nie popełnię tego błędu. 

- Nikt nie chce zabrać ci twojego syna, a jeśli zamkniesz go w pałacu i odetniesz od świata wcale nie będzie to działaniem na jego korzyść. Ptak w klatce to ptak nieszczęśliwy, nawet jeśli z pełnym brzuchem, nawet za złotymi prętami.

Dran podszedł do swojego bratanka i szybkim pociągnięciem pomógł mu wstać z podłogi. Nachylił się nad nim, by bez problemu móc czerwonymi oczami spotkać wzrok młodzieńca. Widząc w nich najwyraźniej to, co chciał zobaczyć polecił mu stanowczym i spokojnym głosem, by poszedł spakować ubrania na kilka dni i inne rzeczy, które uzna za niezbędne w podróży. Incaru niepewnie opuścił salę, nie całkowicie wierząc jeszcze w to, co właśnie się wydarzyło. Kiedy za chłopakiem zamknęły się drzwi i ucichło padające za nimi echo, Dran zwrócił się do swojego brata. 

- Braciszku, zezwolenie? Zawszę mogę go uprowadzić, ale czy po tej scenie będzie to miało sens? - Wyszczerzył kły w uśmieszku, który gdyby mógł mówić, mówiłby „wygrałem”.

Inaen spojrzał na młodszego brata przymrużonymi gniewnie oczami. Chciał zaprotestować, nawet jeśli wiedział, że to już raczej nie ma sensu i sprawa jest przegrana, ale wtedy otworzyły się drzwi i do środka sali weszła kolejna osoba, której obecność nagle odebrała królowi chęć do mówienia czegokolwiek.

- Mama? Obudziliśmy cię? - delikatnie spróbował zbadać teren. Erin, były król, w swojej długiej czarnej sukni wydawała się tak onieśmielająca jak zawsze, groźnie i dumnie. Nie robiąc sobie nic z pytania syna, zapytała jak to miała w zwyczaju przemawiając do swoich dzieci - wyraźnie, głośno, tonem ostrym i chłodnym.

- Mój wnuk przed chwilą powiedział mi, że wybiera się z Dranem na obchody Święta Życia w Deyim. Zwierzył mi się ze swoich wątpliwości, ale dawno nie widziałam go takiego szczęśliwego. Chciałam go zapewnić, że nie ma co się martwić. Wiem jednak, że mojemu mniej sprytnemu synowi do głowy przychodzą różne idiotyczne pomysły. Przyszłam się upewnić, że pozwolenie dostanie. Jak to z tym jest, kochany? - ostatnie słowo było lodowate, pozbawione kojarzonych z nim zazwyczaj ciepłych uczuć i Inaen przełknął nerwowo ślinę.

- Oczywiście, mama.

I właśnie dlatego kilka godzin później Incaru razem ze swoim wujem po raz pierwszy opuścił rodzinne gniazdko bez ojca, bez wszechobecnych ochroniarzy i bez żalu, którego się spodziewał. 






- Dobra, młody, robi się już ciemno, zatrzymujemy się tutaj. 

Znajdowali się na małej polanie, wydeptanej i wyjedzonej niemal do nagiej ziemi przez roślinożerne zwierzęta, którym najwidoczniej miejsce to spodobało się równie bardzo jak Dranowi. Niestety tego samego nie można było powiedzieć o Incaru, który sceptycznie okrążył spojrzeniem otaczający polanę las. 

- Tutaj? Tutaj jest las. W lesie są zwierzęta. Wilki. Nie możemy tutaj. Tu jest mokro, widzisz? Niedawno padało i wszystko nam przemoknie. Gdzieś niedaleko musi być miasto i tam możemy się zatrzymać. Tutaj się nie zatrzymamy, tak? Żartujesz, wuju, prawda?

Wuj bynajmniej nie żartował. Zsiadł zręcznie z konia, którego przywiązał do niewielkiego drzewa przy głębszej kałuży i polecił, by bratanek zrobił to samo. Gdy ten zamiast tego kontynuował wyrażać swoje obiekcje, Dran wzruszył ramionami i uwiązał też drugiego konia, na którym ciągle siedział Incaru. Rozpalił niewielki stos drewna i zdjął z siebie płaszcz. Następnie jak gdyby nigdy nic zaczął rozpakowywać to, co było mu potrzebne do zrobienia miejsca do spania i po prostu położył się na gotowym posłaniu, składającym się z kilku warstw koców z różnych materiałów. Okrył się pierzyną z ciepłych, zwierzęcych skór - było już ciepło, środek wiosny, ale nocami jednak dosyć zimno by chcieć okryć się czymś cieplejszym. Zamknął oczy, odsuwając ze świadomości istnienie swojego towarzysza, który już najwyraźniej zmienił zdanie na temat spędzenia całej nocy na koniu, jaka szkoda. Ukucnął obok Drana i wyraźnie chciał zwrócić na niego swoją uwagę, potrząsając go dłonią.

- Wuju, ja. Ja nie mam ze sobą nic do spania. Myślałem, że będziemy zatrzymywać się w karczmach i gospodach, dlatego nie wziąłem, zresztą nic takiego nie mam. 

To była sytuacja do przewidzenia i nie zdziwiła bardzo Drana, właściwie był na nią przygotowany. Chciał powiedzieć, że spakował ze sobą drugie posłanie i gdzieś tam jest, niech poszuka; ale w końcu doszedł do wniosku, że zrobiło się na tyle ciemno, że Incaru go nie znajdzie, a nawet jeśli znajdzie, to nie rozłoży tego tak jak powinien. Przewracając oczami zrobił obok siebie trochę miejsca, tak by dwie osoby nie miały problemu ze zmieszczeniem się razem.

- Właź, - powiedział głośno i nie doczekując się tak szybkiej reakcji, jakiej chciał, dodał zniecierpliwiony - tylko szybko, bo ciepło ucieka.

Incaru nie trzeba było powtarzać dwa razy i bardzo szybko grzał miejsce obok wuja. Tak naprawdę miał ze sobą coś, co mogło z całą pomyślnością służyć za nocne legowisko, ale naprawdę bał się wilków i nie chciał w nocy obudzić się sam z wilczą paszczą nad głową, wielką i dychającą na niego gorącym oddechem o zapachu zgniłego mięsa. Bardzo się ucieszył, kiedy Dran zaproponował dzielenie miejsca. Dobrze wiedział, że wuj ma dodatkowy zestaw i poczuł ulgę, że nie musiał się tłumaczyć, że jednak wolałby spać z nim, bo się boi. Widział Drana w akcji i wiedział, że ten potrafi walczyć i jest zwinny oraz zawzięty jak smok, na którego cześć został nazwany. Dlatego u boku wuja czuł się bezpieczniej niż prawie gdziekolwiek indziej. Był mężczyzna, obok którego czułby się jeszcze lepiej i którego sama obecność sprawiała, że Incaru zapominał co to strach, ale na cuda nie liczył i zadowalał się czym miał. 

- Dziękuję, wujaszku. 

Dran wydał z siebie dźwięk, który w dowolnej interpretacji mógłby zostać odebrany jako bardzo fantazyjna wersja słowa „dobranoc” i przewrócił się na drugi bok, tak, że w stronę Incaru były skierowane jego plecy. Uśmiechnął się na Incarowe „dobranoc wuju” i myślał, że już zaśnie, jednak się rozczarował. Po kilku minutach ciszy, w momencie, gdy jego powieki już zaczynały się przyjemnie kleić, blond katarynka wydała z siebie zaskoczony odgłos i znowu zaczęła nawijać. 

- A właśnie! Jeszcze tylko jedno, - „Co znowu?” - Mama powiedziała dziś coś o tym, że nie chce stracić kolejnego dziecka, nie pamiętam dokładnie. Ale na pewno było coś o innym dziecku. Co się stało? Czy zanim się wyklułem miałem braciszka lub siostrzyczkę, którego spotkało nieszczęście? Czy to dlatego rodzice są tacy przewrażliwieni na moim punkcie?

„No pięknie,” pomyślał Dran, „teraz to się narobiło.”. Zniechęcony odwrócił się, by móc widzieć Incaru i westchnął. Ciężko. I długo. „Jak ja mam się za to zabrać? Czy w ogóle mam prawo się za to zabrać?”, jęknął w duchu, jak ktoś zapyta, to najwyżej powie, że dzieciak sam się dowiedział. W jakiś sposób. Albo inny. Jakikolwiek. Nie ważne jak marudny, Incaru to mądry chłopak. Nikogo nie powinno zdziwić, że sam doszedłby w końcu do prawdy. Przynajmniej to próbował sobie wmówić Dran, kiedy otworzył usta i... po chwili je zamknął, zastanawiając się, jak właściwie chciał zacząć. Znowu je otworzył i tym razem udało mu się znaleźć słowa.

- Nie powinienem ci tego mówić, to powinni wytłumaczyć ci rodzice. Ale dobrze wiemy, że nie wytłumaczą. Najlepiej powiem to bez ogródek. Więc, miałeś bliźniaka. Brata albo siostrę. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, bo... zabrali go z pałacu, zanim jeszcze się wykluliście. Twoja matka dosyć źle to zniosła.

Czegokolwiek Incaru się spodziewał, na pewno nie spodziewał się tego. Zmarszczył brwi i przekrzywiając głowę spojrzał zdziwionym, złotym spojrzeniem na swojego wuja, chcąc się przekonać, że ten nie żartuje, jednak krwiste tęczówki Drana były poważne jak nigdy, pozbawione psotnych przebłysków, które zazwyczaj w nich się skrzyły.

- A-ale jak to, to nie może być prawda. Mama nigdy nie pozwoliłaby na coś takiego. Wiem jak mnie pilnuje, przecież to niedorzeczne. Kto to zrobił i czemu go nie znaleźliście? Jak to się mogło stać? Czemu tylko on, czemu nie ja?

- Ennei nie zawsze była taka, jaka jest teraz. Oczywiście, że szukaliśmy, ale niestety zorientowaliśmy się za późno, i osoba, która to zrobiła miała kilka godzin przewagi i nieskończoną ilość dróg, którymi mogła się udać. Powiedziałbym ci więcej, ale to nie jest historia, którą ja powinienem ci opowiedzieć.

Incaru przygryzł wargę. Nowe informacje zmieniały postać rzeczy. BARDZO zmieniały postać rzeczy. Taki obrót wydarzeń mógł naprawdę korzystnie wpłynąć na jego obecną sytuację. Był tylko jeden mały-wielki problem, który mógł pokrzyżować zaczynający rodzić się w jego głowie plan.

- Czyli istnieją szanse, że gdzieś na świecie żyje jeszcze gdzieś mój brat?

- Albo siostra. Najprawdopodobniej już nie żyje, a nawet jeśli żyje, to żyć może wszędzie. Dosłownie wszędzie. Kiedyś twoi rodzice otrzymali wskazówkę na temat możliwego miejsca pobytu swojego dziecka. Ale nic nie znaleziono. To były czasy wielkiej epidemii, a ta wioska była mała, więc być może już nie żyje. Albo poszło dalej w świat.

To był właśnie ten problem. Ale Incaru nie miał zamiaru się poddawać. Jeśli znajdujesz furtkę, którą być może da się otworzyć, to starasz się to zrobić.

- Gdzie to było? Gdzie to było? Chcę tam pojechać. Znajdę go. Jeśli komukolwiek się uda, to uda się to mnie. Jestem jego bratem. Bliźniakiem. Według legend istnieje przecież więź.

Dran roześmiał się, bo zrozumiał o co chodzi bratankowi. To było głupie i niedojrzałe, ale być może miało jakiś sens. I mogło być skuteczną metodą by sprawić, że Incaru trochę pozytywniej spojrzy na tę podróż, a Dran nie postrada zmysłów z powodu jego marudzenia. A jeśli wróci do domu z Heltrae to będzie miał u brata dług wdzięczności wystarczający na dziesięciolecia. Obopólne zwycięstwo. Słodko.

- Jeśli mnie pamięć nie myli to chodzi o małą wioskę przy granicy z Deyim. Będziemy przejeżdżać obok niej, więc jeśli naprawdę ci zależy, będziemy mogli się tam trochę zatrzymać, i tak powinno nam zostać kilka dni przed Świętem Życia, kiedy tam dotrzemy. Więc jasne, możemy trochę się odprężyć i zabawić. Ale teraz daj mi już spokój, nie wiem jak ty, ale ja jestem już zmęczony.

Incaru też był zmęczony, ale był również zadowolony i podekscytowany, przez co trudno było mu zasnąć, w przeciwieństwie do Drana, który już za chwilę spał, cicho oddychając przy jego boku. Chłopak pozwolił swoim myślom swobodnie gonić jedna drugą, aż w końcu zmęczone, ustąpiły miejsca wszelkim błahostkom, które nie były na tyle ważne by w ogóle podejmować się spędzania snu z książęcych powiek.

„Na pewno cię znajdę, fravae*, dobranoc” były ostatnimi myślami, które przefrunęły przez głowę Incaru, spokojnie i nie śpiesząc się, nim chłopak zasnął twardym snem zmęczonego dziecka po ciężkim dniu pełnym wrażeń.




* fravae - słowo oznaczające jednego brata lub jedną siostrę, stosowane jako bezpośredni zwrot. O ile mi wiadomo nie istnieje odpowiednik w polskim języku. "Rodzeństwo" nie pokrywa tego samego znaczenia, nie możesz powiedzieć "kocham cię, rodzeństwo".

wtorek, 13 października 2015

0

Tamtego roku zima przyniosła ze sobą wiele złego, chociaż zaczęło się wystarczająco niepozornie, by ci, którzy obawiali się morderczych mrozów odetchnęli z ulgą. Była to zima ciepła i łagodna, ale przyniosła ze sobą śmierć. Pierwsze zimowe dni napełniły jednak serca kapaernów nadzieją i pogodą ducha. Zapowiadało się spokojnie.





To był jeden z takich wczesnozimowych wieczorów, ciepłych i otoczonych mgiełką pozornego bezpieczeństwa. W małym pokoju pewnej ruchliwej karczmy kończył się już wieczór matki i jej małego synka. Ta mała rodzina siedziała na posłaniu owinięta w ciepłe koce. Chłopiec, który siedział pomiędzy matczynymi nogami, wtuliwszy się plecami w jej ciepłe ciało spoglądał na ilustracje w ręcznie pisanym tomisku baśni, grubszym niż chude ramiona kobiety, która trzymała księgę na kolanach i cichym, słabym głosem czytała ulubioną historię swojego małego. Ostatnio nie czuła się najlepiej i bała się, że gdyby podniosła nieco głos znów zaatakowałby ją kaszel.

Skończyła czytać i zsunęła z kolan baśnie, które z hukiem uderzyły o podłogę, unosząc w powietrze obłoczki kurzu... Tak dawno nie sprzątałam, pomyślała kobieta, westchnąwszy. Z powodu drobnego pyłu krążącego po pomieszczeniu westchnienie to skończyło się na bardzo nieprzyjemnie brzmiącym kaszlu, którego uspokojenie nie należało do łatwych zadań. Instynktownie wplotła długie palce we włosy synka - jej choroby zawsze go niepokoiły, ale nic go tak nie uspokajało, jak delikatny ruch ukochanych dłoni mamy.

- Mama?

- Tak, najdroższy?

- Dziękuję, ta bajka była świetna. Książę Dran to świetny bohater, bardzo dzielny i dobry i miły. Chciałbym być kiedyś taki jak on. - Matka uśmiechnęła się, nawet jeśli te słowa syna znała już na pamięć. To był ich własny rytuał.

- Na pewno będziesz, mój Caru, jesteś wspaniałym chłopcem. - Caruni był kochanym dzieckiem, ale trzeba było mu często o tym przypominać. Często bywał smutny, szczególnie ostatnio, dlatego postanowiła, że czas obiecać coś, co na pewno go ucieszy. - Obiecuję, że kiedy tylko wyzdrowieję nauczę cię czytać i pisać. Będziesz dzielny, będziesz dobry i będziesz miły, ale będziesz także mądry.

Słowa te wywołały niewątpliwe poruszenie w małym chłopcu, który moment wcześniej był smutny, spokojny i sprawiał wrażenie dużo starszego niż powinien. Gwałtownie się obrócił i objął w swoje małe rączki szyję mamy. Dosyć niezdarnie, gdyż w następnej chwili leżeli zamiast siedzieć.

- Naprawdę, mama?! Obiecujesz?

- Tak, kochanie, obiecuję. Teraz jednak jest pora snu, jutro będziesz musiał mi pomóc.

- Dobrze, mama. Dobranoc.

- Dobranoc, słodki książę.




Tego samego wieczoru, choć być może i innego, podobnego, Śmierć zaczynała swoją wędrówkę ulicami wiosek i pukała do bram miast. Niewpuszczona, nie wydawała się zasmucona i sama szybko znalazła własne wejścia. Chowała się wśród żywych istot, szkodników, wśród których nikt nie chciał jej szukać. I czekała, chociaż powoli zaczynała siać swe nasiona. A gdyby przejmowała się przy tym takimi błahostkami jak obietnice, to o udanych żniwach mogłaby zapomnieć. Dlatego niewzruszona kontynuowała swoją pracę.